Ten blog zacznie się jak kiepska książka – od retrospekcji. A właściwie streszczenia wszystkiego, co chcielibyście wiedzieć, ale nie mieliście czasu zapytać (albo ja byłam na tyle wredna/zmęczona/zaganiana), że nie miałam czasu na Wasze pytania odpowiedzieć. Więc od początku – tak, mija właśnie miesiąc, odkąd jestem na W&T. Tak, żyję. Nie, nie przytyłam za mocno. Jak na razie cieszę się całkiem niezłym zdrowiem, uniknęłam jetlaga i przywykłam już do klimatu (temperatury może nie są upalne, ale za to prawie dziewięćdziesięcioprocentowa wilgotność podgrzewa – dosłownie – atmosferę). Mieszkamy wszyscy w tzw. International Housing Village, potocznie zwanym „wilidżem”, pieszczotliwie – „wioską”. W oczach Amerykanów pracujących z nami to legendarna kraina wódką i seksem płynąca – ale zweryfikujmy nieco te imaginacje: w rzeczywistości to po prostu mały społeczny ekosystem, który, jak każde zbiorowisko ludzi, może być zarówno amazońską dżunglą, jak i swojskim stawikiem. Wydaje mi się, że jakoś odnalazłam w nim swoje miejsce – w pokoju 309, między dwiema Turczynkami, z którymi oczywiście dzielę się moją fascynacją turecką kulturą. Mogłam trafić lepiej, mogłam gorzej. Dziewczyny kupują hiperdużo jedzenia (nasza lodówka i zamrażarka ledwie się domykają – i zaznaczam, że ja trzymam tam tylko mleko i kawę), ja natomiast szaleję na wyprzedażach z ciuchami, więc przynajmniej sprawiedliwie dzielimy się meblami. Kasia zakotwiczyła się w pokoju obok – Turczynki mają czajnik elektryczny i zestaw garnków (które Katie lubi masakrować;), natomiast Litwinki, z którymi mieszka ona, suszarkę i prostownicę, więc postanowiłyśmy zmaksymalizować korzyści i rozdzielić się na dwa pokoje (polska myśl ekonomiczna na obczyźnie kwitnie!). Bo kiedy tylko przyjechałyśmy, spotkało nas kilka nieprzyjemnych niespodzianek: jak np. to, że kuchnia nie ma wyposażenia, więc trzeba kupić własne naczynia, sztućce i garnki. Okazało się też, że nasze treningi, zamiast trwać dwa-trzy dni, ciągnęły się przez półtora tygodnia (a w pewnym momencie miałyśmy nawet nie móc pracować do 11 lipca!). Przyciśnięte jednak potrzebą (pieniędzy) i frustracją (z niepowodzenia), postanowiłyśmy wykorzystać rodzime tradycje walki o swoje – a szeroko zakrojona akcja zakończyła się pełnym sukcesem: ostatnie szkolenie przeszłyśmy w dwa dni później, a w oficjalnym grafiku pojawiłyśmy się zaraz po nim (choć normalnie trzeba na to czekać przez dwa tygodnie). Pracujemy więc od 4 lipca („weekend niepodległości” to była mocna inauguracja – przez park przetaczało się codziennie 20-30 tys. osób). Okazuje się bowiem, że park rozrywki to dla Amerykanów element tożsamości ważny tak samo jak Converse’y w amerykańską flagę, sobotnie barbecue i system producencki. Busch Gardens byłoby dla Jeana Beaudillarda symulakrem jeszcze doskonalszym niż Disneyland – choć trudno w to uwierzyć. Bo park jest właściwie jedną wielką symulacją Europy: składa się z kilku części-krajów, które są repliką architektury, obyczajów i towarów (ach, ten konsumpcjonizm!), pochodzących z określonych państw – oczywiście ogranych na amerykańską modłę: Niemiec (tu pracuję), Francji, Wielkiej Brytanii, Italii, Szkocji i Irlandii. I tak we Francji znajdziecie rollercoaster o malowniczej nazwie „Alpengeist” (w pobliżu którego są repliki alpejskich chatek ze sztucznym śniegiem na dachach), a w Szkocji – Loch Ness Monster, położony oczywiście nad wodą. W Italii mamy „Ucieczkę z Pompeii” i stoisko z kuchnią grecką (bo przecież Grecja i Rzym to prawie to samo, prawda?), a gdzieś w pobliżu Wielkiej Brytanii przytuliła się też Skandynawia (w końcu Brytyjczycy mają szwedzkie korzenie). W obrębie Francji mieści się natomiast Kanada (kolonializm wiecznie żywy) i Nowa Francja (która różni się od tej starej chyba tylko kolorem koszulek, w jakich występują pracownicy). Mój obecny dzień ma prosty schemat: wstaję, biorę prysznic, przeglądam pocztę i facebooka, piję kawę, jem śniadanie i biegnę na autobus – już w uniformie, o którym później – bo od 10.30 lub 11.45 do zamknięcia parku ~10.30 – pracuję, w międzyczasie łapiąc przerwę na lunch i podwieczorek, podczas których kwitnie moje tutejsze życie towarzysko-imigracyjne. EBA (pracownicza stołówka) zastępuje nam sypialnię (poimprezowe drzemki na stole zawsze na propsie), klub dyskusyjny (co robimy w offday?), dom (obiadki jak u mamy!), kozetkę u psychologa (nie bylibyśmy sobą bez odrobiny narzekania), staromiejski ratusz (ile jeszcze do końca?) i główną stronę tripadvisora (co/gdzie/kiedy i za ile WARTO zobaczyć lub kupić). Kiedy po 10-12h pracy wracamy do wioski, biorę prysznic i finalizuję kolejne zamówienia (lista rzeczy do kupienia nieustannie wydłuża się, choć systematycznie dbam o to, by skreślać z niej kolejne punkty). Bo Ameryka to rzeczywiście konsumpcyjny raj – w porównaniu do tutejszych zarobków dobra materialne są naprawdę śmiesznie tanie. Airmaxy za 50$, torebka CK za 20; Vuitton i Louboutin na wyprzedaży za 200 i 150$. Właściwie każdy może tu nabyć torebkę czy buty, które w Polsce byłyby wyznacznikiem modowego (i społecznego, zważywszy na cenę), statusu. Tym bardziej boli fakt absolutnego braku zainteresowania tematem – co z tego, że laseczka ma torebkę Michaela Korsa, jeśli razi jej absolutny brak wyczucia stylu. Co tam stylu, estetyki! Mam nadzieję, że po wizycie w innych częściach kraju zmienię zdanie (sami Amerykanie pytają: zamierzasz wybrać się w jakieś lepsze miejsca niż Virginia?), na razie jednak uważam, że, biorąc pod uwagę możliwości dostępu do mody, Amerykanie ubierają się fatalnie. Za małe sportowe ciuchy – które może i są wygodne, ale za to podkreślają wszystkie zjedzone dotychczas frytki, lody i hamburgery, skarpety do klapek i sandałów (feel like at home <3) i dosyć nieznośny miks fajnych rzeczy, które razem tworzą nieznośną estetycznie mieszankę. Z jednej strony więc nienawidzę swojego uniformu, bo czuję, że tracę w nim osobowość, z drugiej natomiast doskonale rozumiem włodarzy parku – estetyka, jednolitość i prostota nabierają tutaj dodatkowej wartości. Moje menu też jest dosyć monotonne – rano owsianka, później lunch w saladbarze (dzięki Ci, BG, za dostęp do zdrowego jedzenia, które nie rujnuje portfela!), kawa i lody na drugiej przerwie. Próbowałam nawet ciasta (wszystko na chwałę zaspokajania podróżniczo-kulinarnych ciekawości), ale zawartość cukru w cukrze przerosła moje kubki smakowe. Większość pracowników natomiast – zgodnie ze stereotypem – je na lunch burgery, frytki lub pizzę. Co widać. Grubi ludzie to obok temperatury najlepszy sposób na głód – litry (o przepraszam, GALONY) wypijanej wody skutecznie zabijają apetyt na słodycze, fastfood i słodkie napoje (ale chyba tylko u nas). Cóż, niech żyje fit Europa!
Skończę tak ni w pięć, ni w piętnaście, bo muszę uciekać do pracy, ale ciągu dalszego spodziewajcie się już wkrótce.
Wszystkich, którzy w międzyczasie wysyłali mi wiadomości,
przepraszam za zwłokę, kocham Was wszystkich bardzo i tęsknię w każdej wolnej
chwili!
Krytycy – kupiłam sobie nawet
popcorn, skonsumuję w czwarteczek :D
A na dowód, że nie próżnuję: oto ja i mój uniform (już niedługo zrezygnuję z kalkulatora na rzecz lustrzanki, więc bądźcie cierpliwi):
A na dowód, że nie próżnuję: oto ja i mój uniform (już niedługo zrezygnuję z kalkulatora na rzecz lustrzanki, więc bądźcie cierpliwi):

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz