wtorek, 5 sierpnia 2014

Kasia… spójrz, czy to możliwe? Taaak, to Pentagon!

Przyjazd do Stanów to przekuwanie filmowych klatek we własne wspomnienia. Zmysły są tu wyostrzone, a oczy i uszy łowią obrazy i dźwięki znane z amerykańskich filmów. Moje powitanie Ameryki – i uświadomienie sobie ilości kilometrów, jaka dzieli mnie teraz od domu – wiąże się właśnie z zobaczeniem Pentagonu. Rozległy, szary gmach – tak charakterystyczny, że niemożliwy do pomylenia z niczym innym. Rozwiał wszelkie wątpliwości, gdzie jestem – choć sam w sobie nie był realny bardziej niż w telewizji. To oznaczało tylko jedno: znów jestem w podróży, przygodę czas zacząć!

Później kolejno: charakterystyczna, jednolita zabudowa miejska, wyróżniająca Waszyngton spośród innych amerykańskich miast (bo właściwie pozbawiona wieżowców), dalej surowy, geometryczny Washington Memorial i cała kompleks parkowy, który zawiera w sobie wszystkie najważniejsze zabytki miasta i warunkuje układ centrum – to oznaczało tylko jedno: przygodę czas zacząć!

Tym, co najbardziej mnie tu zachwyca, jest przestrzeń. Ameryka to kraj stosunkowo młody i bardzo rozległy terytorialnie, co pozwoliło na zagospodarowanie przestrzeni pozbawione wszelkiego bagażu historii, zmieniających się ludzkich potrzeb i starych, niesprawdzających się rozwiązań architektonicznych. Waszyngtońskie ulice są dwukrotnie szersze od europejskich, co sprawia, że pomimo zwartej zabudowy w mieście można „złapać oddech”. Imponuje też przemyślany od początku do końca rozkład budynków, ich jednolita kolorystyka i forma. Moją pierwszą myślą po przejażdżce do hotelu było: Stany są jak IKEA Europy. Wszystko tu takie spójne, przemyślane, współpracujące ze sobą. Podobno całe miasto zaprojektował Francuz, co by nieco wyjaśniło jego kameralny, nieamerykański charakter, ale trzeba przyznać, że zrobił to z pomysłem i rozmachem. Rozwiązania urbanistyczne w większości mnie zachwyciły – i nieważne, czy były to znakomicie zaprojektowane muzea, kompleks historyczny wtopiony w przestrzeń miejską, czy też ogród botaniczny przytulony do Kapitolu – Ameryko, hi5! Europa może Ci tylko pozazdrościć ładu i przestrzeni. (Choć mój zachwyt wcale nie oznacza, że przestałam pałać miłością do ciasnych, przykurzonych uliczek Lizbony, Wenecji czy Stambułu – nie!).

Były też niespodzianki faunistyczne i florystyczne. Pierwszą z nich było odkrycie gigantycznego drzewa magnolii południowej, które zachwyciło nas już pierwszego dnia. Okazały, dochodzący do 30 m pień, grube, błyszczące liście i cudowne, gigantyczne (ok. 10-cm) kwiaty – to wszystko sprawiło, że Magnolia Grandiflora jest, od czasów botaniki w liceum, pierwszym drzewem, o którym postanowiłam poczytać. I nie to, żeby nagle chciała zajmować się roślinami – takie przyjemności pozostawiam Asi „Młodej Farmacji” Paduch – po prostu to drzewo naprawdę robi gigantyczne wrażenie. Jeśli kiedyś wyobrażałam sobie, że stworzę w przyszłości miejsce, które będzie można nazwać „domem”, to właśnie tu dodałam do tego obrazka ogród obsadzony drzewami magnolii południowej. To jedna z roślin, którą widzisz oczyma wyobraźni, a kiedy przekonujesz się, że istnieje naprawdę, nie jesteś w stanie uwierzyć w jej realność. Sami zobaczcie, że jest się czym zachwycać:


Babciu, już szukam nasion!

Zaskoczyły nas też wszechobecne wiewiórki, które z turystów zrobiły główne źródło swojego pożywienia (na razie tylko kradną to, co ludzie jedzą lub po sobie pozostawią, ale skoro atakują szczury w obronie własnego terytorium, to nie wiem, kto będzie kolejnym celem ataku). Wiąże się z tym zabawna anegdota – kiedy już roztrąbiłam wszędzie na Gamesach, że panicznie boję się szczurów (po tym, jak Kasia zobaczyła jednego na stoisku z grami), Michael, wioząc nas do domu, spokojnie odpowiedział: „Boisz się szczurów? Daj spokój, nie powinnaś się ich obawiać... Wiewiórki i tak je dopadną!”. I tak moje „go away, squirrel, go away”, zamieniło się w „go, squirrels, go!” – bo w terytorialno-żywieniowej walce gatunków wspieram wiewiórki z całego serca. (One przynajmniej nadają się na ładne futra, hihihi.)

Wielką miłością i zaskoczeniem są też świetliki, których jest tu mnóstwo. Wracając do hotelu po całym dniu intensywnego zwiedzania Waszyngtonu myślałyśmy, że mamy zwidy – ale nie, rzeczywiście jest ich tu pełno, chociaż wyglądają zabawnie (właśnie jak przewidzenie): roziskrzają się na chwilę podczas lotu, jak małe płomyki, by chwilę później znów zgasnąć.

Nieustannie zadziwiają mnie też drobiazgi, które okazują się lokalnymi ciekawostkami – a skumulowane, składają się na odrębny charakter usposobienia ludzi w Ameryce i Europie. Oczywiście najbardziej oczywistą z cech jest otwartość – czy wręcz jowialność – w stosunku do nieznajomych (co trochę dziwne w kraju, w którym każdy może kupić glocka); pozostaje jednak faktem, że ludzie w metrze, na przystankach, czasem nawet na ulicy czy w kolejce do kasy, rozmawiają ze sobą na przeróżne tematy - od najbardziej prozaicznych po te zupełnie serio. Jeśli masz inny akcent, od razu się tym interesują, a kiedy dowiadują się, z jak daleka przyjechałeś, od razu stajesz się  „awesome”. Mitologizują też Europę – albo pozytywnie, albo negatywnie (w zależności od tego, jakimi uczuciami darzą Amerykę). Bo nastroje społeczne są tu bardo spolaryzowane – jedni kochają swój kraj całym sercem, a na 4 lipca ubierają dzieci jak małe miss i misterów Ameryki (motyw przewodni: flaga), inni zaś sądzą, że ten kraj „zmierza prosto do piekła”. Niezależnie jednak od przekonań politycznych, zawsze można liczyć na szacunek wobec wojskowych i kombatantów – sama na własne oczy widziałam kilkukrotnie młodych, 15-letnich chłopaków, którzy, mijając 70-letnich staruszków w wojskowych beretach z naszywkami z wojny w Wietnamie, zatrzymywali się, ściskali im dłonie i pełni szacunku mówili: "Thank you for your service, sir!". Nikogo dookoła to nie dziwiło, wnioskuję więc, że takie sytuacje są na porządku dziennym, a kombatanci cieszą się niepodważalnym szacunkiem (o czym świadczą też liczne zniżki i usługi, dedykowane specjalnie wojskowym i ich rodzinom). Całe piętro w Muzeum Historii Ameryki, poświęcone dzielnym amerykańskim chłopcom i ich misjom wojskowym na całym świecie, mówi samo za siebie - a trzeba jeszcze dodać, że kolejne poświęcone jest wojnom światowym i domowym, które prowadziły do wykształcenia amerykańskiej tożsamości. Wniosek jest prosty: Ameryka nie bawi się w wojnę, Ameryka afirmuje wojnę, a US Army to prestiż sam w sobie – i być może najprawdziwsza z amerykańskich legend.

Trochę bawi mnie też to, że ludzie nie noszą pieniędzy w portfelach – zwykle upychają je po kieszeniach/stanikach/skarpetkach albo trzymają w torbach foliowych, co wiąże się z zabawnymi akrobacjami, kiedy już zdecydują się coś kupić/zagrać w grę. W kraju, gdzie skórzany portfel od CK można kupić za 10$, tendencja ta jest co najmniej zadziwiająca.

(…)

Amerykanie jak nikt inny potrafią przekuwać filmowy obraz własnego kraju w obowiązujące na całym świecie prawdy. Ba, czasami sami w te mity wierzą. Rzeczywistość bywa jednak przereklamowana, a Ameryka – można powtórzyć za Orlińskim – przynajmniej ta pokazywana w filmach i telewizji, nie istnieje. Z racji gigantycznej ekspansywności amerykańskiej kultury właściwie każdemu wydaje się, że zna ten kraj. Wielkie miasta – gigantyczne skupiska ludzi i wieżowce wycinające panoramy na tle błękitnego nieba, codzienne poranne donuty i popołudniowe hot dogi; setki tysięcy kilometrów autostrad, wiodących od przepastnych pustyń Nevady, Teksasu i Arizony aż do pięknych plaż Florydy lub Californii; przydrożne motele, w których ludzie spotykają się na przypadkowy seks i nigdy nie wyłączają telewizorów. I choć pewne rzeczy się tu zgadzają (a innych nie byłam jeszcze w stanie zweryfikować), to nie można pozbyć się wrażenia, że to Ameryka została stworzona na obraz i podobieństwo tego, jak jest przedstawiana, a nie odwrotnie. Jeanie Baudrillard, chyba właśnie zrozumiałam Twoją teorię symulakrów.

***A już w następnym odcinku: „Oktoberfest Games Department” short movies, czyli videorelacja z tego, jak naprawdę wygląda moja praca na work&travel (plus krótkie filmiki-wywiady z ludźmi, z którymi pracuję). Stay tuned, bo od przyszłego tygodnia park czynny jest o godzinę krócej, więc będzie więcej czasu na życie i blogowanie!***


niedziela, 20 lipca 2014


Ten blog zacznie się jak kiepska książka – od retrospekcji. A właściwie streszczenia wszystkiego, co chcielibyście wiedzieć, ale nie mieliście czasu zapytać (albo ja byłam na tyle wredna/zmęczona/zaganiana), że nie miałam czasu na Wasze pytania odpowiedzieć. Więc od początku – tak, mija właśnie miesiąc, odkąd jestem na W&T. Tak, żyję. Nie, nie przytyłam za mocno. Jak na razie cieszę się całkiem niezłym zdrowiem, uniknęłam jetlaga i przywykłam już do klimatu (temperatury może nie są upalne, ale za to prawie dziewięćdziesięcioprocentowa wilgotność podgrzewa – dosłownie – atmosferę). Mieszkamy wszyscy w tzw. International Housing Village, potocznie zwanym „wilidżem”, pieszczotliwie – „wioską”. W oczach Amerykanów pracujących z nami to legendarna kraina wódką i seksem płynąca – ale zweryfikujmy nieco te imaginacje: w rzeczywistości to po prostu mały społeczny ekosystem, który, jak każde zbiorowisko ludzi, może być zarówno amazońską dżunglą, jak i swojskim stawikiem. Wydaje mi się, że jakoś odnalazłam w nim swoje miejsce – w pokoju 309, między dwiema Turczynkami, z którymi oczywiście dzielę się moją fascynacją turecką kulturą. Mogłam trafić lepiej, mogłam gorzej. Dziewczyny kupują hiperdużo jedzenia (nasza lodówka i zamrażarka ledwie się domykają – i zaznaczam, że ja trzymam tam tylko mleko i kawę), ja natomiast szaleję na wyprzedażach z ciuchami, więc przynajmniej sprawiedliwie dzielimy się meblami. Kasia zakotwiczyła się w pokoju obok – Turczynki mają czajnik elektryczny i zestaw garnków (które Katie lubi masakrować;), natomiast Litwinki, z którymi mieszka ona, suszarkę i prostownicę, więc postanowiłyśmy zmaksymalizować korzyści i rozdzielić się na dwa pokoje (polska myśl ekonomiczna na obczyźnie kwitnie!). Bo kiedy tylko przyjechałyśmy, spotkało nas kilka nieprzyjemnych niespodzianek: jak np. to, że kuchnia nie ma wyposażenia, więc trzeba kupić własne naczynia, sztućce i garnki. Okazało się też, że nasze treningi, zamiast trwać dwa-trzy dni, ciągnęły się przez półtora tygodnia (a w pewnym momencie miałyśmy nawet nie móc pracować do 11 lipca!). Przyciśnięte jednak potrzebą (pieniędzy) i frustracją (z niepowodzenia), postanowiłyśmy wykorzystać rodzime tradycje walki o swoje – a szeroko zakrojona akcja zakończyła się pełnym sukcesem: ostatnie szkolenie przeszłyśmy w dwa dni później, a w oficjalnym grafiku pojawiłyśmy się zaraz po nim (choć normalnie trzeba na to czekać przez dwa tygodnie). Pracujemy więc od 4 lipca („weekend niepodległości” to była mocna inauguracja – przez park przetaczało się codziennie 20-30 tys. osób). Okazuje się bowiem, że park rozrywki to dla Amerykanów element tożsamości ważny tak samo jak Converse’y w amerykańską flagę, sobotnie barbecue i system producencki. Busch Gardens byłoby dla Jeana Beaudillarda symulakrem jeszcze doskonalszym niż Disneyland – choć trudno w to uwierzyć. Bo park jest właściwie jedną wielką symulacją Europy: składa się z kilku części-krajów, które są repliką architektury, obyczajów i towarów (ach, ten konsumpcjonizm!), pochodzących z określonych państw – oczywiście ogranych na amerykańską modłę: Niemiec (tu pracuję), Francji, Wielkiej Brytanii, Italii, Szkocji i Irlandii. I tak we Francji znajdziecie rollercoaster o malowniczej nazwie „Alpengeist” (w pobliżu którego są repliki alpejskich chatek ze sztucznym śniegiem na dachach), a w Szkocji – Loch Ness Monster, położony oczywiście nad wodą. W Italii mamy „Ucieczkę z Pompeii” i stoisko z kuchnią grecką (bo przecież Grecja i Rzym to prawie to samo, prawda?), a gdzieś w pobliżu Wielkiej Brytanii przytuliła się też Skandynawia (w końcu Brytyjczycy mają szwedzkie korzenie). W obrębie Francji mieści się natomiast Kanada (kolonializm wiecznie żywy) i Nowa Francja (która różni się od tej starej chyba tylko kolorem koszulek, w jakich występują pracownicy). Mój obecny dzień ma prosty schemat: wstaję, biorę prysznic, przeglądam pocztę i facebooka, piję kawę, jem śniadanie i biegnę na autobus – już w uniformie, o którym później – bo od 10.30 lub 11.45 do zamknięcia parku ~10.30 – pracuję, w międzyczasie łapiąc przerwę na lunch i podwieczorek, podczas których kwitnie moje tutejsze życie towarzysko-imigracyjne. EBA (pracownicza stołówka) zastępuje nam sypialnię (poimprezowe drzemki na stole zawsze na propsie), klub dyskusyjny (co robimy w offday?), dom (obiadki jak u mamy!), kozetkę u psychologa (nie bylibyśmy sobą bez odrobiny narzekania), staromiejski ratusz (ile jeszcze do końca?) i główną stronę tripadvisora (co/gdzie/kiedy i za ile WARTO zobaczyć lub kupić). Kiedy po 10-12h pracy wracamy do wioski, biorę prysznic i finalizuję kolejne zamówienia (lista rzeczy do kupienia nieustannie wydłuża się, choć systematycznie dbam o to, by skreślać z niej kolejne punkty). Bo Ameryka to rzeczywiście konsumpcyjny raj – w porównaniu do tutejszych zarobków dobra materialne są naprawdę śmiesznie tanie. Airmaxy za 50$, torebka CK za 20; Vuitton i Louboutin na wyprzedaży za 200 i 150$. Właściwie każdy może tu nabyć torebkę czy buty, które w Polsce byłyby wyznacznikiem modowego (i społecznego, zważywszy na cenę), statusu. Tym bardziej boli fakt absolutnego braku zainteresowania tematem – co z tego, że laseczka ma torebkę Michaela Korsa, jeśli razi jej absolutny brak wyczucia stylu. Co tam stylu, estetyki! Mam nadzieję, że po wizycie w innych częściach kraju zmienię zdanie (sami Amerykanie pytają: zamierzasz wybrać się w jakieś lepsze miejsca niż Virginia?), na razie jednak uważam, że, biorąc pod uwagę możliwości dostępu do mody, Amerykanie ubierają się fatalnie. Za małe sportowe ciuchy – które może i są wygodne, ale za to podkreślają wszystkie zjedzone dotychczas frytki, lody i hamburgery, skarpety do klapek i sandałów (feel like at home <3) i dosyć nieznośny miks fajnych rzeczy, które razem tworzą nieznośną estetycznie mieszankę. Z jednej strony więc nienawidzę swojego uniformu, bo czuję, że tracę w nim osobowość, z drugiej natomiast doskonale rozumiem włodarzy parku – estetyka, jednolitość i prostota nabierają tutaj dodatkowej wartości. Moje menu też jest dosyć monotonne – rano owsianka, później lunch w saladbarze (dzięki Ci, BG, za dostęp do zdrowego jedzenia, które nie rujnuje portfela!), kawa i lody na drugiej przerwie. Próbowałam nawet  ciasta (wszystko na chwałę zaspokajania podróżniczo-kulinarnych ciekawości), ale zawartość cukru w cukrze przerosła moje kubki smakowe. Większość pracowników natomiast – zgodnie ze stereotypem – je na lunch burgery, frytki lub pizzę. Co widać. Grubi ludzie to obok temperatury najlepszy sposób na głód – litry (o przepraszam, GALONY) wypijanej wody skutecznie zabijają apetyt na słodycze, fastfood i słodkie napoje (ale chyba tylko u nas). Cóż, niech żyje fit Europa!

Skończę tak ni w pięć, ni w piętnaście, bo muszę uciekać do pracy, ale ciągu dalszego spodziewajcie się już wkrótce.

Wszystkich, którzy w międzyczasie wysyłali mi wiadomości, przepraszam za zwłokę, kocham Was wszystkich bardzo i tęsknię w każdej wolnej chwili!

Krytycy – kupiłam sobie nawet popcorn, skonsumuję w czwarteczek :D

A na dowód, że nie próżnuję: oto ja i mój uniform (już niedługo zrezygnuję z kalkulatora na rzecz lustrzanki, więc bądźcie cierpliwi):